Bardzo ciężki przypadek

Ile przypadku jest w wędkarskim sukcesie? Ile sukcesów było dziełem przypadku? Posłuchajcie opowieści, która rozwiewa wątpliwości.

Jezioro Drużno słynie z ogromnych szczupaków. Na Drużno już dawno mieliśmy rezerwację, ale ono zamarzło - wredne! Bezczelne!
Co robimy? - spytał Tomek - Jedziemy gdzieś indziej?
- No… Jedziemy… Co będziemy tak w domu siedzieć?

Dzień później, gdzieś na Warmii

Kto, u diabła… - telefon dzwoni w momencie, gdy stoję w rozkroku: jedną nogą w łódce, a drugą mam po kolano zanurzoną w wodzie.

A, to Pan! Dzień dobry, Panie Waldemarze. Mamy to! Mamy metrówkę! - podjarany przekazuję wesołą nowinę, pomimo że to on do mnie z czymś przecież dzwoni. Popracujcie nad zdjęciami. - Pan Waldemar Ptak kwituje wyrozumiale i jak na fotografa przystało. Długo jeszcze po zakończeniu rozmowy słyszę w głowie szczerze sympatyzujący z moim podekscytowaniem śmiech wpleciony w jego słowa. Taki, jakim dorosły obdarowuje nad wyraz uradowane dziecko, które oznajmiło: Tata, sisiu zrobiłem. - jakby zrobiło sisiu co najmniej ze szczerego złota i wprost do platynowego nocnika. Dla dziecka nie lada wyczyn, dla dorosłego, że tak powiem, normalka.
A nie, to nie tak, że słyszę go w wyobraźni. Zapomniałem z tego wszystkiego rozłączyć rozmowę. I powiedzieć, że już po zdjęciach.

Sesja fotograficzna

Stań tam, na tle jeziora. O.K. Dobrze. Stop! Tak będzie dobrze! - kwituje wyciągniętym kciukiem Tomek, ja posłusznie pozuję do zdjęcia, a w rękach... W rękach dźwigam opakowany w krokodylą łuskę, mikołajkowy prezent! I nieopisanie szczęśliwy uśmiech na twarzy, choć emocje już nieco opadły. Szczerze szczerzymy w stronę aparatu: ja moje, mamuśka jej zęby! Który zgryz zdrowszy? - oceńcie sami.

Trzeba zmierzyć i do wody! - nie mówimy tego, dla nas to normalne.

Bye, bye Złotko!

Ty, zobacz, do łódki chce! (Ryba zawraca w stronę naszej łajby.) Wygląda na to, że chce, jak to się mówi, na kotlety. Ale my nie z tych. Co z tego, że na wigilię będzie pstrąg z Biedronki? Wyśmienity nastrój nie opuszczał nas od dłuższego czasu. Ryba krąży, lawiruje, w końcu odpływa - piękna, majestatyczna chwila. I cudowna zdobycz, która dała nam naprawdę wielki powód do radości.

Personal's best?

Jest! - uniesione w geście triumfu ręce opuszczają się i ponownie dokonują pomiaru. Jest 104 cm! Przybijamy piątkę. Jest! Jest! Jest!
Potwierdziły się tym samym nasze wcześniejsze przypuszczenia, że występuje tu bardzo duże prawdopodobieństwo ryby w rozmiarze personal best, dodatkowo z podejrzeniem… metrówki! Bardzo ciężki przypadek! - mówiąc w lekarskim slangu. Naprawdę trudno nam było utrzymać emocje na wodzy.
Dlatego, po złowieniu ryby, poleciało trochę więcej łaciny (ocenzurowanej na potrzeby tego artykułu).

Było tyle „kurczaków”, że ja cię „nie mogę”! - naprawdę, wybaczcie nam tę chwilę słabości. Ale przecież wszystko potoczyło się tempem błyskawicy. Całkowicie niespodziewanie. To tak jakbyś znalazł na ulicy milion zielonych; patrzysz – reklamówka, otwierasz - milion dolców. Co mówisz? Noo… O „kurczak”! - wciągam na pokład łódki piękną (i) bestię! Z paszczy potwora, po lekkim pociągnięciu za fluorocarbonowy przypon, wypada silikonowa jaskółka. Ale że się fluo 0,18 nie urwało?? - Jankes stwierdził, że to prawdziwy fart. “No ja cię nie mogę” - niemożliwe wręcz!

Długi hol

Tak było. Nie dość, że ryba wzięła na okoniowy zestaw, to jeszcze w pierwszym rzucie dnia. Dobrze zaczęliśmy! - skwitowałem w którymś momencie jazdy, która trwała sobie w najlepsze przez jakieś 8 minut z groszami. Nie wiem czy coś z tego będzie, bo ryba prze do dna! - oznajmiał co pewien czas łowca, po czym zdarzało się, że ryba pozwalała na wykonanie kilku ruchów korbką, aby następnie wykraść długie metry żyłki.
Dobrze, że hol szczęśliwie się zakończył, bo branie tej ryby było jedynym braniem tego dnia!

Kto pierwszy ten lepszy, czyli co wydarzyło się naprawdę?

(Ci, którzy mnie znają, wiedzieli, że coś tu jest nie tak.)
Ja tam na grubo łowię - oznajmiam i zakładam 15-centymetrową gumę, po czym wrzucam ją do wody. 3 minuty od wypłynięcia na jezioro, pięć sekund po Tomku, trzy metry w bok od jego miękkiej jaskółki ładuje moja guma. Za późno! - coś w tym samym momencie porywa przynętę Jankesa! (Tego Pana, który spogląda z głównego zdjęcia.)

Kunszt wędkarski, a może wędkarskie szczęście?

Tomkowi szczerze raz jeszcze gratuluje, bo szczęście sprzyja lepszym! A życząc Wam wszystkim wędkarskiego farta, zastanawiam się jak niewiele brakowało, aby zamiast tamtego, te oto zdjęcie znalazło się w nagłówku artykułu (moje zdjęcie) lub by ten artykuł w ogóle nie powstał. W końcu tego dnia miało nas nad tajnym, warmińskim jeziorkiem przecież nie być…

Dawid Sokołowski

TOP