Ciepły komin nie tylko na zimę

Mój pierwszy "kontakt praktyczny" z zimowym (niebieskim) kominem Dragona miał miejsce kilka lat temu. Była zima (dokładnie mówiąc luty) i wybrałem się w pojedynkę na Śnieżkę. Warunki na czarnym szlaku były koszmarne, gdyż było pełno lodu i kilku napotkanych turystów próbując wejść na Biały Jar niemal pionową trasą jedynie ślizgało się, gdyż nikt nie miał ze sobą chociażby prowizorycznych kolców. Dotyczyło to zarówno pojedynczych śmiałków, jak i niepoliczonej ilości "wygodnisiów", którzy na Kopę docierali wyciągiem. Jedyną osobą, która miała kolce (wędkarskie oczywiście), byłem ja i widziałem te pełne zazdrości spojrzenia.

Jako że jestem zimnolubny i 20 st. C to dla mnie już za dużo, wybrałem się oczywiście bez żadnej kurtki czy grubszej bluzy; a i tak zakasałem rękawy, czapkę schowałem do kieszeni, gdyż najzwyczajniej w świecie było mi gorąco i idąc pod górę moim największym marzeniem było rozebranie się jak do rosołu i wskoczenie w ten głęboki śnieg.

Jednak w końcu rozpocząłem atak szczytowy "łańcuchami" (kto wchodził na Śnieżkę, ten wie, o czym piszę) i zrobiło się bardzo zimno, wręcz lodowato. Od czeskiej strony "dawał" silny, mrożący wszystko wiatr. Poczułem, jak w mgnieniu oka zaczęło i mnie "zamrażać". Ściągnąłem rękawy, założyłem czapkę i... myślałem, że nadal zamarznę, gdyż miałem gołą szyję. I wtedy wyciągnąłem z kieszeni niebieski komin, który wziąłem tak na wszelki wypadek. Opatuliłem szyję, naciągnąłem go na głowę i... zrobiło się przyjemnie!

Czas leciał, a ja miałem za sobą jeden jedyny kontakt z tym kominem. Przepraszam, założyłem go raz jeszcze, gdy byłem na nocnych (już chyba grudniowych) sandaczach wraz z Panem Waldemarem Ptakiem i Danielem Kruzickim. A poza tym, leżał on w szafie... Aż do tegorocznego przedwiośnia, kiedy zacząłem odkrywać kolejne zakątki nadodrzańskich łąk i lasów i nierzadko udawałem się w te miejsca rowerem. Wciąż zimny wiatr + prędkość poruszania się rowerem równało się jednemu wynikowi = zmarzłem. I przypomniałem sobie wtedy o tym kominie.

Następnym razem, gdy wybierałem się nad Odrę (oczywiście w celach spacerowych), miałem ciepły komin już ze sobą i mimo, że znowuż było bardzo zimno, opatulenie szyi oraz głowy sprawiało, iż pokonywanie rowerem kolejnych kilometrów odbywało się w komforcie termicznym; a wystarczyło "jedynie" otulić szyję i naciągnąć na część głowy kawałek "szmatki".

Mimo iż mamy już prawdziwą wiosnę, to wciąż zimne północne i wschodnie wiatry potrafią o sobie przypomnieć. Nie chowam więc zimowego komina do szafy, tylko wciąż ze mną jeździ i sprawia, że moje wyjazdy (czy to wędkarskie, czy "spacerowe") są wyłącznie "termiczną przyjemnością", bez względu na to, jak mocno i jak zimny wiatr wieje.

Całe życie chodziłem z odsłoniętą szyją i mimo, iż rodzice zwracali mi na to uwagę od małego, to uparcie chodziłem "rozgogolony". I chociaż nadal tak chodzę, to jednak są dni (właśnie te zimno-wietrzne), kiedy sięgam po komin, a ten "odpłaca" mi się w nieprawdopodobny sposób.


Decydując się na napisanie tego artykułu nie miałem ani odrobiny myśli, aby połączyć go z obecną sytuacją na świecie i restrykcjami, które wejdą w życie od najbliższego czwartku, kiedy to obowiązkiem będzie zasłanianie ust i nosa. Ale wiecie co? Żadnej maski nie będę kupował, bo mam komin! I to nie tylko ten niebieski, zimowy. Chociaż, jak wróci zimno (w końcu i w maju potrafi temperatura zejść poniżej zera), to pewnie i z niego skorzystam. Ale jak będzie ciepło, wciągnę na szyję jeden z letnich kominów, bo i takie mam (szczupakowy Dragon i karpiowy MegaBAITS). Nie zrobię tego dlatego, że boję się wirusa (mam swoje zdanie na ten temat i mocno się ono różni od tego, co nam mówią w TV). Zrobię to dlatego, bo nie chcę ciągać się po sądach za nieprzyjęcie bezprawnego mandatu.

A co o samym kominie, poza tym, że jest bardzo ciepły i daje nieprawdopodobny komfort termiczny w zimne i wietrzne dni? Jego długość sprawia, iż jest wielofunkcyjny, można go zakładać na przeróżne sposoby, co zresztą jest pokazane w propozycjach korzystania z niego. Kolejną zaletą komina jest przyjemność w kontakcie z ciałem - zero jakiegokolwiek dyskomfortu dotykowego. I przyznam się, że gdy go zakładam, po jakimś czasie zapominam, że mam go na sobie.

Mariusz Drogoś
■ KONSULTANT SPRZĘTOWY
Specjalizacja: spinning rzeczny
Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

TOP