Dwa dni z boleniami

Raczej nie zdarza mi się jeździć na ryby dzień po dniu. Ale tym razem się skusiłem i... warto było, bo przyszła godzina, w której dragonowski spinning giął się niemal bez przerwy.

Tak to czasami bywa, iż splot różnych zdarzeń sprawia, że nie ma innego wyjścia i musimy opuścić wodę na dłuższą chwilę niż byśmy sobie tego życzyli. Właśnie tak było u mnie w środkowej części wyjątkowo wietrznej jesieni. Ale w końcu nadszedł piątek, trzynasty dzień listopada - dzień, w którym nareszcie mogłem pojechać na ryby. A że akurat był to jedyny dzień, w trakcie którego wiatr zelżał bardzo wyraźnie, to tym bardziej cieszyłem się na powrót nad moją ulubioną rzekę.

Dień pierwszy

Nad wodą byłem o godz. 8 rano i po dłuższej nieobecności od razu dało się zauważyć, że drzewa w nadodrzańskim lesie mocno wyłysiały. Jedynie dęby się jakoś trzymały i były nadal ozdobione sporą ilością brązowych liści. Naturalnie - w wodzie była niezliczona ich ilość. Były wszędzie: w nurcie, w klatkach, na powierzchni, w toni. Dodatkowo, woda była nieco podniesiona, ale szybko okazało się, dlaczego - w górę rzeki, przemieszczał się pchacz, a moją uwagę przykuła dodatkowa „budka” na jego dachu (wrócimy do niej później). Tak więc, w związku z podwyższonym poziomem wody, do liści dołączyło także dużo traw, patyków, itp.

Ale jak wiadomo, są nie tylko takie baseny, które zasyfiają się za każdym razem, kiedy tylko woda zaczyna się podnosić, ale są i takie, które są czyste niemal bez względu na jej poziom. Niestety te, które interesowały mnie najbardziej, zgromadziły sporą ilość „sałatki” i sukcesem było „przykręcenie” przynęty do brzegu bez wyjęcia „dodatków”. Kilka pierwszych basenów obłowiłem bardzo szybko, gdyż po prostu nie dało się skutecznie łowić. Chociaż na jednym z nich jakimś cudem zanotowałem dwa odprowadzenia. Jedno dłuższe, drugie bardzo krótkie.

W końcu trafiłem na trzy czyste klatki. Na pierwszej z nich zobaczyłem żerowanie bolenia. Ale nie przeciętnego „chlapaka”, tylko pięknej „lochy” - niski odgłos ataku, to jest to! Zatoka była bardzo duża, a on wywalił się na samym środku. Nie miałem pewności czy dorzucę, ale nie zamierzałem odejść bez próby przechytrzenia wymarzonego kolosa. W miejscu ataku go już nie było, więc po kilku rzutach posłałem przynętę trochę bliżej nurtu. Gdy wobler wpadł do wody, zacząłem coś grzebać przez chwilę przy młynku i wabik zszedł głębiej niż planowałem. Nie wiem, czy zrobiłem dwa obroty korbką czy trzy, ale namierzony bolo siadł pięknie, w stylu: „zawiesił się worek ziemniaków”;) Skwitowałem to mocnym zacięciem, a ryba natychmiast, spokojnie i bez pośpiechu, zaczęła wybierać z kołowrotka plecionkę. Poczułem też dwa bardzo „dostojne” targnięcia kijem. „To musi być ten boleń, za którym chodzę od początku jesieni” - pomyślałem. Niestety, radość nie trwała długo, bo po kilku sekundach nastąpił luz i zobaczyłem, jak w stronę nurtu ucieka fala. Ajajaj…
No nic, nie ma czasu na rozpaczanie, trzeba łowić dalej. Po kilku miejscówkach bez kontaktu zbliżyłem się do krótkich ostróg z wąskimi basenami. Liści było całkiem sporo, ale raz na kilka rzutów udawało się ich nie złapać. Na pierwszej z nich, na samym początku, zanotowałem wyjście, a w kolejnych rzutach, delikatne branie, po którym zaczęła się chlapanina na powierzchni i… spinka. Ale był to maluch „60+”, więc nie było mi szkoda. Natomiast na drugiej zanotowałem trzy kontakty. Dwa krótkie wyjścia i jedno odprowadzenie z trąceniem pod samymi nogami.
Czas uciekał szybko, więc postanowiłem wracać z zamiarem obłowienia tych basenów, na których się coś wydarzyło. Ale po sprawdzeniu większości z nich nic się już nie zadziało. Przede mną były już tylko dwie klatki - przy porannym podejściu w jednej nic nie było, w drugiej miałem dwa wyjścia. Zatrzymałem się przy tej pierwszej, która rano nic nie dała. Po serii rzutów, gdy prowadziłem przynętę głębiej, poczułem branie, na które oczywiście zareagowałem zacięciem, jednak po walce czułem, że nie będzie to żaden okaz. Chwilę powalczył, podebrałem go, spojrzałem na niego (taki, około 70 cm), puściłem go „na smyczy” (aby nie czekał poza wodą, podczas ustawiania aparatu), ponownie go podebrałem, zrobiliśmy szybkie pamiątkowe foto i do wody. Obłowiłem jeszcze szybko kolejny basen i udałem się w stronę auta.

Dzien drugi

Raczej nie jeżdżę na ryby dzień po dniu, ale w sobotę, w ostatnich godzinach doby, miał przyjść bardzo duży spadek ciśnienia (około 20 hPa w kilkanaście godz.). Innej opcji niż pewne żerowanie ryb nie widziałem. Co prawda nad wodą byłem późno, bo popołudniu, ale byłem! Miałem namierzone bolenie, więc nie szukałem niczego nowego, tylko udałem się w to samo miejsce co dnia poprzedniego. Woda była wyższa o kolejnych kilkanaście centymetrów, ale równie szybko jak w dniu wczorajszym przekonałem się, dlaczego. Zobaczyłem, jak w dół rzeki, „idzie” przepotężna barka, sterowana przez… pchacza, którego widziałem wczoraj. Od razu go poznałem, po dobudówce na dachu. W niej siedział sternik, który tylko tym sposobem mógł cokolwiek widzieć. Kilka dni później widziałem w Internecie film z okolic Zielonej Góry, gdzie na nagraniu była ogromna barka z pchaczem i charakterystyczną budką.
Ale wróćmy do ryb. Drugiego dnia miałem bardzo mało czasu, więc z góry wiedziałem, które baseny będę obławiał, a które ominę. Niestety silne wiatry po jednym dniu przerwy wróciły, porywy były naprawdę „imponujące”. I z tego powodu przynęta potrafiła lądować w wodzie zupełnie gdzie indziej niż planowałem. Ale po pewnym czasie zacząłem brać odpowiednią poprawkę na wiatr i celność była już zdecydowanie lepsza.

Założyłem sobie, że jeśli do „punktu nawrotu” nic się nie wydarzy, zmienię zupełnie taktykę. Obłowiłem pierwszą klatkę, drugą, trzecią… NIC. Podkradłem się do ostatniej, tej „nawrotowej” i pomyślałem sobie: „o co chodzi, przecież powinny żreć przed tak niecodziennym spadkiem ciśnienia?!”
Tym razem nie wszedłem na szczyt ostrogi, tylko kucnąłem na basenowej łasze. Wiatr mało nie urwał głowy (oczywiście w przenośni), słońce dawało prosto po oczach, a w basenie było pełno syfu. Przez ostre słońce, które oślepiało, patrzyłem cały czas w dół, ale w trzecim rzucie powiedziałem do siebie w myślach: „patrz na wodę, bo może być jakieś wyjście i nie będziesz tego widział”. Nie zdążyłem podnieść głowy, gdy poczułem piękne branie. Ryba siadła pewnie, nie bardzo miałem z czego docinać. Coś tam się nawet przewaliło na powierzchni - nie był duży. Ale po chwili siadł przy dnie i nie chciał się dać podciągnąć. Co jest? Aż tak się przewidziałem? Niektóre siedemdziesiątki nie miały tyle siły... W końcu ryba znowu się pokazała i zobaczyłem mały pyszczek. Domyśliłem się, że skoro przy tej wielkości ma taką siłę, to musi być konkretnie odpasiony. Wyprowadziłem go z odbijającego się na lustrze wody słońca i moim oczom ukazała się mała „świnka”. Siedział dobrze, chyba, więc nawet go nie podprowadzałem pod nogi, tylko poluzowałem hamulec, odłożyłem kij i zacząłem szykować sprzęt do pamiątkowej fotografii. Owszem, był maławy (ok. 65 cm), ale takiego grubasa nigdy wcześniej nie widziałem. Po szybkim zdjęciu wypiąłem go, wypuściłem, wykonałem rzut i… chybił? Było branie, zauważyłem także zawirowanie na wodzie, ale zacięcie było puste. Powtórzyłem rzut i... on też powtórzył. Tym razem był to maluszek poniżej 60 cm, a chudzina taka, że i w maju ciężko o taką. Ciekawostka taka.
„Zaczęło się, czy po prostu tutaj siedzą?” - zadałem sobie kolejne pytanie... Ale w tej klatce już nic się nie wydarzyło, więc miałem nadzieję, że nagle zaczęły się opychać. I zrodziło się następne pytanie: „może nie trwa to cały dzień, jak sobie to wyobrażałem, tylko jedną chwilę, która właśnie nastała?”. Nie zmieniłem więc strategii, na agrafce została ta sama przynęta i... wróciłem się na obłowioną chwilę wcześniej ostrogę, która była „pusta”. Ewidentnie musiały się nagle ruszyć, gdyż bardzo szybko wyjąłem trzeciego bolenia. Branie było bardzo pewne i tak, jak poprzednie, przy samej powierzchni. Ten był o kilka centymetrów dłuższy, miał niespełna 70 cm.
Jaka szkoda, że listopadowe popołudnia są takie krótkie, że ciemno robi się tak szybko... Dzień już się kończył, do zapadnięcia zmroku miałem może godzinę. Doszedłem po cichu na trzecią główkę i w trzecim, może czwartym rzucie, przyczepiła się do plecionki mała trawa, która trzymała się na styku linki z wodą. Szybka myśl: „strzepnąć ją czy zostawić?”. Nie zdążyłem sobie odpowiedzieć, bo za prowadzonym woblerem pojawiła się fala i niemal w tym samym momencie poczułem na końcu zestawu kolejnego bolenia. Dociąłem i po ciekawym holu, podebrałem czwartą rapę. I to wszystko wydarzyło się dosłownie w ciągu kilkudziesięciu minut. Nie był ani rekordowy, ani jakoś specjalnie odpasiony, ale największy ze wszystkich złowionych tego dnia i był wyjątkowo silny, pewnie pchał się w nurt, z którego nie chciał wyjść. „Przeczesałem” jeszcze szybko dwa baseny, ale ponownie wszystko zamarło.

To było bardzo ciekawe doświadczenie. Najpierw dwie godziny ciszy, później w kilkadziesiąt minut 4 bolenie i później znowu „studnia”. Przypadek? A może było tak, że żerowanie, na które liczyłem przed dużym spadkiem ciśnienia, trwało ledwie godzinę? Być może tak było, wręcz wiele na to wskazuje, gdyż w „normalnych” warunkach, przez cały dzień coś się działo, ale rapy zazwyczaj grymasiły (a przynajmniej od jakiegoś czasu) i poza wyjętymi rybami, były szybkie spinki, puknięcia, odprowadzenia pod same nogi, krótkie wyjścia - właśnie tym się charakteryzowały moje (i nie tylko) wypady po tym, jak po głośnym październiku, woda wyraźnie ucichła. Tym razem, było zupełnie inaczej. Z początku NIC się nie działo, przez godzinę ŁUP (żadnego grymaszenia, pewne brania, żadnych spadów), by ponownie NIC się nie działo.

Technikalia

Woda w połowie listopada, z wyjątkiem jednego namierzonego powierzchniowego ataku, była już „martwa” i bolenie reagowały wyłącznie na przynęty podawane w toni (czasami tuż pod powierzchnią, czasami w połowie wody). I do takiego łowienia, klasycznymi boleniówkami o pionowych sterach lub bezsterowymi „cykadowcami”, służy mi, znana już chyba wszystkim, dragonowska „zetka”. Jest to spinning z serii Team Dragon Z-series o następujących parametrach: 2.75 m, 4-18 c.w., akcja Fast.
Co prawda tym razem skuteczne było takie łowienie, ale nawet w listopadzie bywają dni, kiedy niezastąpiona okazuje się „tłiczowa” prezentacja powierzchniowej przynęty. A wtedy nie ma nic lepszego niż krótki i lekki spinning, który zadba o nasz nadgarstek. Dragon ma sporo takich propozycji, jak chociażby wędziska z serii CXT, z modelu SF-X Super Fast o parametrach: 1.95 m, 1-10 c.w. (jednoczęściowe) lub 1.90 m, 1-12 c.w. (dwuczęściowe). Są to wędziska, które - mimo swej mikroskopijności (długość) - posyłają lekkie przynęty na nieprawdopodobne odległości, a hole rap, nawet w przedziale 70-80 cm, są niezapomnianą frajdą.
Przerabiałem różne linki w łowieniu aspiusów i na chwilę obecną, trzymam się plecionek. Przy łowieniu „zetką”, którą łowię cięższymi przynętami i posyłam je w najtrudniejsze technicznie, potencjalne stanowiska ryb, posiadam dość grubą plecionkę o średnicy 0,14 mm z serii Combat. Cechuje się ona zwiększoną odpornością na urazy mechaniczne i jest przeznaczona właśnie do zadań specjalnych, kiedy przy toniowo-przydennym łowieniu jesteśmy narażeni na kontakty z powalonymi do wody drzewami, czy ostrymi kamieniami, które tylko „czekają”, aby przeciąć naszą linkę. Natomiast w łowieniu powierzchniowym, gdzie takie ryzyko jest zerowe (ewentualnie wyłączając hol), przy zastosowaniu krótszego i delikatniejszego wędziska CXT SF-X, stosuję dużo cieńszą plecionkę HM8X, o średnicy 0,10 mm, którą nawijam na szpulę kołowrotka Team Dragon SL w rozmiarze 2500.

W obu przypadkach stosuję długie żyłkowe przypony, które robię z ulubionych przeze mnie żyłek HM80. Do plecionki 0,14 mm wiążę żyłkę o średnicy 0,223 mm, a do plecionki 0,10 mm montuję żyłkę o średnicy 0,182 mm. Natomiast przypon i przynętę, łączę niezawodnymi agrafkami SPINN LOCK lub QUICK LOCK.

Mariusz Drogoś

TOP