Sandacz z płycizny

SPIS TREŚCI

To TEN – jeden na milion. Nieliczny z pozostałych – tych, które nie zeszły w dół rzeki podczas niżówki. A teraz go złowię dla własnej satysfakcji i zwrócę rzece, by okazać szacunek.

Jeszcze 3 miesiące temu, zaraz po rozpoczęciu sezonu spinningowego, wszystko wyglądało inaczej. Ryb nie było może pod dostatkiem, ale znacznie łatwiej było je dostać w miejscach, w których spodziewać się ich powinienem. Sam nie wiem, kto w chwili obecnej jest bardziej zdezorientowany niskim stanem rzeki – wędkarz, który nagle musi zupełnie zmienić podejście i styl łowienia, czy ryby, dla których domowy sufit obniżył się o jakieś 3 metry?

Na chwilę obecną, odpuściłem sobie obstukiwanie dna w głębokich dołkach. Pukałem, pukałem, i nikt nie otworzył. Zapewne w domku było pusto. Dopiero przy którejś wyprawie z rzędu oświeciło mnie, że to, co do tej pory uważałem za okonia bądź szczupaka, żerującego na drobnicy tuż przy brzegu, jest sandaczem, który wybrał się na wycieczkę w nieznane. Sytuacje ta nie miały reguły, „zedy” podchodziły pod sam brzeg zarówno w największe upały, jak i podczas kilku ostatnich, chłodniejszych dni. Zmusiło mnie to do porzucenia całej, dotychczas zebranej, wiedzy o tej rybie. Po 20 latach praktyki, musiałem niczym dziecko nauczyć się wszystkiego od nowa.

TOP