![]()
Wyprawy, zloty i projekty :
Wyprawy, zloty i projekty -
WYSPA SOROYA. WIELKIE RYBY DNIA I NOCY.
Norwegia - Soroya , lipiec 2009
Naszą wyprawę na wyspę Soroya planowaliśmy już od jesieni 2008 roku, po zaproszeniu przez Marka B. z Opola, który zjechał kawał świata w tym prawie całą Norwegię. Tak daleko na północy jednak wcześniej nie był.....

Wyruszyliśmy w czwórkę 7 lipca 2009 ze Śląska w składzie: Ja i Ewa (kogutomania.pl) , Krzysiek i Grzesiek (sklepy Barwena w Krakowie). Najbardziej przerażała nas odległość (łącznie 5100 km. w obie strony, nie licząc 41 godzin na promach przez Bałtyk i morze Norweskie!!!) Trasa przez Skandynawię okazała się jednak bardzo ciekawa, a stan dróg i rozwiązania komunikacyjne pozwoliły nam drogę na Soroyę zrobić za jednym zamachem w 21 godzin, po zjechaniu z promu w Nynashamn w Szwecji. Ilość rzek, jezior, szkierów i fiordów, jaką widzieliśmy podczas przejazdu przez trzy skandynawskie kraje była powalająca! Po prostu tysiące!!! Teraz wiem, że najbliższe moje wypady będą do Skandynawii. Na wyspę dotarliśmy 9.07.2009. Płynąc promem z Oksfiord wiedziałem, że w tych wodach pobijemy wszelkie dotychczasowe rekordy. Rozbawiała nas też myśl, że żadne z nas - oprócz Grześka, który raz był na Bałtyku - nie łowiło ryb morskich, choć doświadczenie mamy spore.
Wylądowaliśmy w miasteczku Hasvik otoczonym surowym masywem górskim i skałami. Poza ziołami i trawami praktycznie nie występuje tam żadna roślinność, jednak ciepły atlantycki Golfsztrom, który obmywa wyspę, ukształtował jej klimat na bardzo przyjazny a wody są pełne ryb! Gospodarzem ośrodka, w którym byliśmy - jest Achmed, Libańczyk mieszkający od lat w Norwegii. Achmed ugościł nas bardzo serdecznie, zaznajomił z łowiskami, istniejącymi zagrożeniami na wodzie oraz przekazał klucze od łodzi. Muszę przyznać, że łajby dostaliśmy świetne - siedmiometrowe aluminiowe łodzie napędzane 50-konną Yamachą z elektroniką Garmin i mapami batymetrycznymi. Od gospodarza dostaliśmy także laminowane mapki z zaznaczonymi dobrymi miejscówkami oraz namiarami GPS.
Ja zostałem kapitanem naszej łodzi, więc wszyscy oczekiwali, że znajdę dobre łowiska. Z wszystkich członków mojej załogi spędziłem najwięcej godzin na łodzi łowiąc sandacze i inne drapieżniki i liczyłem, że doświadczenia z łowienia „mętnookich” przydadzą się choćby przy łowieniu dorszy....Nie myliłem się: po namierzeniu pierwszej 30 metrowej skalistej górki otoczonej 100 metrową głębią wszyscy zaczęliśmy łowić dorsze w przedziale 2-7 kg, przeplatane średniej wielkości brosmami i czarniakami.
Łowiliśmy kijami o długości 2,1m do 2,4m. Bardzo dobrze przy łowieniu na pilkery spisał się kij Team Dragon Silver Edition 2,40m 200-400g. Wędziska tego używałem podczas łowienia na najbardziej pasujące do łowiska pilkery 200-250 gram. Jedną z najlepszych przynęt okazał się pilker Warrior w kolorze srebrnym.
Hitem wyprawy, jeśli chodzi o plecionki - był sznurek Dragon Guide Select Rainbow w grubościach 0,25 mm i 0,30mm. Plecionka ta pokonała wszystkie pozostałe, a mieliśmy ich sporo. Jeśli chodzi o wytrzymałość i odporność na przetarcia Rainbow była bezkonkurencyjna !!
Urwanie plecionki 0,30mm na zaczepie było prawie niemożliwe. Dochodziło do sytuacji, że aby ją urwać, musieliśmy okręcać kilka razy na osęce i we dwóch ciągnąć na siłę !! Po pierwszym dniu łowienia wiedzieliśmy, że na dorsze do 10kg wystarczy plecionka 0,20mm i nie ma problemu by wyholować rybę 30 kilogramową czy większą. Grubsze średnice Rainbow używaliśmy do łowienia na martwą rybę z ciężarkiem 250 gram i większym.
Do łowienia na rybę użyliśmy przyponów Mustad z hakami i kotwicami 6/0 do 10/0 z serii Catfish Rig - kotwica plus hak lub dwa haki i kotwica. Zestaw wraz z kilogramowym czarniakiem spisał się rewelacyjnie - w ten sposób złowiłem dorsza 134 cm 21kg, kilka metrowych halibutów i dorszy, brosmy, molwy, zębacze i inne ciekawe ryby. Wyniki pozostałych członków mojej załogi były podobne. Po trzech dniach łowienia złowiliśmy tak wiele ryb, że każdy był zadowolony, zmęczony i pragnął tylko jednego: złowić coś naprawdę dużego. Zaczęliśmy penetrować górki i blaty w stronę otwartego Atlantyku, łowiliśmy między 30-150 metrem na całego czarniaka. Na efekty trzeba było trochę poczekać, ale były imponujące. Właśnie na tą metodę złowiliśmy największe dorsze, halibuty i zębacze. Wiele ryb po dramatycznym holu straciliśmy - wypięły się, a na haku wisiały resztki po czarniaku wcale nie przypominające w swym kształcie ryby. Były pocięte i zmiażdżone!!!
Malownicze fiordy, czysta i przejrzysta woda, lodowce, wieloryby i buszujące wokół naszych łodzi delfiny wprawiały w zachwyt. Byliśmy prawie sami na wodzie. Sami, czyli trzy nasze łodzie i trzy mające na pokładzie Czechów, którzy byli bardziej doświadczeni od nas, bo łowili większe ryby (największy dorsz 37,5 kg, największy halibut 90kg.)
Pogoda także dopisała, były tylko 2 dni bez fali, więc wtedy mieliśmy rekonesans i czas na opalanie… Zasada była jedna: fala = obfite połowy. Jeśli chodzi o ubrania, to większość mojej załogi zabrała kombinezony wypornościowe, a ja jako jedyny postanowiłem przetestować ubrania firmy Geoff Anderson. Zabrałem to, co zabieram jesienią na łowienie sandaczy z łodzi na naszych górskich zaporówkach czyli: bieliznę z serii Evaporator i Klin , polar Griffon, spodnie Urus 3 i kurtkę Dozer 3. Ubrania spisały się rewelacyjnie - nawet podczas deszczu i wiatru. Pozwalały swobodę ruchu; nie było mi ani zimno, ani za ciepło - po prostu wygodnie. Ochronę rąk przed warunkami atmosferycznymi zapewniły mi rewelacyjne rękawiczki Dragona. Na pewno będą mi towarzyszyć w zimowych wypadach na „głowatkę”, ponieważ są bardzo wygodne.
Cieniutki neopren od wewnątrz pokryty specjalną warstwą, dzięki której pewnie trzyma się wędkę.
Najbardziej męczącym dla nas zjawiskiem był dzień polarny trwający 24 godziny na dobę. Początkowo się cieszyliśmy, bo na ryby wypływaliśmy o dowolnej porze. Jednak po 4 dnobach nikt nie mógł spać i wszyscy mieliśmy rozregulowane zegary biologiczne. Ale to jest wpisane w Norweskie wędkowanie i trzeba się po prostu przyzwyczaić.
Po tygodniowym pobycie na wyspie Soroya nastał czas powrotu. Przez malowniczą, ale surową tundrę i tysiące akwenów wodnych wróciliśmy do Nynashamn pod Sztokholmem, gdzie prom zabrał nas do Polski. Po drodze mijaliśmy kilka malowniczych jezior w sąsiedztwie szkierów oraz niesamowite rzeki o charakterze górskim, które mnie bardzo zaciekawiły i na pewno powrócę tam za rok na szczupaki i pstrągi.










